FiM – Święty Caritas

Przy okazji wszelkich nieszczęść ludzkich największa instytucja charytatywna katolickiego Kościoła pojawia się niczym wygłodniałe hieny przy padlinie.

Pawilon 1 Międzynarodowych Targów Katowickich, gdzie odbywała się 56 Ogólnopolska Wystawa Gołębi Pocztowych, stał się areną prawdziwego dramatu. Ponad trzy lata temu pod zawalonym dachem hali zginęło 65 osób, rannych zostało ponad 140. Rodziny w ponad 20-stopniowym mrozie wyczekiwały wieści o swoich najbliższych. W blasku fleszy i pod okiem kamer obiecywano im każdą pomoc. Stacje telewizyjne pokazywały ogrom tragedii, rozpacz i łzy. Pokazywały też numer konta oraz SMS. Zgromadzonymi w ten sposób pieniędzmi miała dysponować organizacja charytatywna najsprawiedliwsza i najbardziej doświadczona w niesieniu pomocy – Caritas Polska. „Pragnę podziękować wszystkim, którzy włączają się w niesienie pomocy ofiarom tej katastrofy. Mam nadzieję, że nikt z tych, którzy ucierpieli, nie pozostanie sam” – zachęcał do ofiarności ówczesny dyrektor Caritas Polska, ksiądz Adam Dereń. Pieniądze płynęły więc z kraju i z zagranicy. Uzbierało się ponad 10,7 mln zł (5 932 551 zł trafiło na konto Caritas Polska; ponad 4 763 813 mln zł zebrał Caritas Archidiecezji Katowickiej).

Przynajmniej do tylu Caritas oficjalnie przyznał się w komunikatach, w których wylicza przy okazji, ilu osobom już pomógł, a ilu jeszcze pomaga. Rozliczenia to jednak mgliste jak londyński zaułek o poranku. Popatrzmy. W roku 2006 na realizację programu pomocy Caritas Polska wydała 3 945 738,6 zł. Pozostałe środki w wysokości 1 986 812,4 zł zostały przeznaczone na kontynuowanie programu pomocy do czasu ich wykorzystania. Z kolei Caritas Katowice ze swojej puli wydał 3,27 mln zł, ponad 1,22 mln zł rezerwując na tzw. zobowiązania długoterminowe. W sprawozdaniu za rok 2007 czytamy, że wciągu dwóch lat na realizację programu długofalowej pomocy ofiarom katastrofy Caritas Polska przeznaczyła w roku 2007 na pomoc dla poszkodowanych 2 111 680,10 zł. Pozostałe środki finansowe zostaną wykorzystane podczas kontynuowania pomocy. Na czym polegało to „kontynuowanie pomocy”, wyjaśnił ksiądz dyrektor Marian Subocz w sprawozdaniu za rok 2008. Stoi w nim czarno na białym, że „Caritas Polska wznowiła pomoc dla rodzin poszkodowanych w katastrofie budowlanej w Katowicach, przekazując 20 tysięcy złotych. Pieniądze zostały skierowane do dwóch rodzin ze Stargardu Szczecińskiego z przeznaczeniem na zakup lekarstw oraz rehabilitację”. I tyle.

###

18 czerwca br. w programie Elżbiety Jaworowicz„Sprawa dla reportera” w blasku kamer brylował ksiądz Zbigniew Sobolewski, sekretarz Caritas Polska. „Świętego Caritas” – jak ochrzciła kościelną instytucję pani redaktor. Opowiadano o tym, jak to Skarb Państwa rzuca kłody pod nogi rodzinom ofiar oraz osobom poszkodowanym, nie wypłacając należnych im odszkodowań, oraz że zawiodły wszystkie państwowe instytucje. Było też o jedynym sprawiedliwym, który zawsze zdąży z pomocą, znajdzie potrzebujące osoby, a logistyczne trudności go nie porażają. Ów jedyny sprawiedliwy to Caritas, nadzwyczaj sumiennie dbający o losy ludzi, którym przyobiecał pomoc. Miliony widzów przed telewizorami zobaczyły więc na własne oczy piękne domy wystawione jedenastu wdowom za kilkaset tysięcy złotych, dowiedziały się o pomocy przy remontach czternastu innych i o tym, jak to wdowi grosz przekazany Caritasowi obraca się w złoto. A jednak – wbrew zapewnieniom o dziennikarskiej rzetelności – Elżbieta Jaworowicz pokazała swoim widzom zaledwie półprawdę o pomocy, jaka wartkim wydawać by się mogło strumieniem płynie do rodzin poszkodowanych w MTK…

###

Krystyna ze Śląska (imię zmienione) pod gruzami hali straciła męża. Wszedł na teren targów kilkanaście minut przed tym, jak runął dach hali. Pani Krystyna nie widziała jego ciała. To samo można powiedzieć o pomocy, której – zgodnie z płynącymi z mediów deklaracjami – miał jej i dzieciom udzielić Caritas. Mąż Krystyny był jedynym żywicielem rodziny. Przez niemal dwadzieścia lat prowadził prywatną firmę. Ona zajmowała się domem i dziećmi – córką oraz nieuleczalnie chorym na autoimmunologiczne zapalenie wątroby synem. Po katastrofie musieli się więc pozbierać niezwykle szybko, żeby utrzymać firmę na powierzchni i wdrożyć się w jej funkcjonowanie. Było niezwykle ciężko. Czas żałoby i wciąż świeże rany nie ułatwiały koncentracji na przyziemnych, choć koniecznych sprawach. Dopiero kiedy przed oczami stanęła wizja bankructwa i utrata wszelkich środków do życia, zaś w uszach wciąż brzmiały płynące zewsząd zapewnienia o gotowości do pomocy, po raz pierwszy o nią poprosili. Premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Nie chodziło o to, by dał im pieniądze, ale czas potrzebny na zdobycie uprawnień do prowadzenia firmy. Odpisał, owszem. Że muszą sobie radzić sami. Poradzili sobie. Przetrwali najgorsze, korzystając z oszczędności, jakie za życia zgromadził mąż Krystyny. Ale oszczędności się skończyły. Dziś znów stoją na krawędzi i z niepokojem patrzą w przyszłość wypełnioną kredytami, zadłużeniami i nieopłaconymi rachunkami. – Mówiąc po Śląsku, czujemy się, jakbyśmy dostali mokrą szmatą w pysk – takie refleksje przychodzą na myśl pani Krystynie, kiedy wspomina wyemitowany w publicznej telewizji materiał o świętym Caritasie. Nie zazdrości tym jedenastu kobietom, którym wybudowano domy. Nie zazdrości też tym czternastu, którym domy wyremontowano. Ona i jej dzieci nie mogą jedynie zrozumieć, w czym są gorsi i dlaczego im oferuje się zaledwie jałmużnę. Bo inaczej trudno nazwać wsparcie, jakie dotąd otrzymali od katowickiej odnogi Caritasu.

W marcu 2006 r., niecałe dwa miesiące po katastrofie, Caritas Archidiecezji Katowickiej jako koordynator pomocy humanitarnej dla poszkodowanych w katastrofie budowlanej przysłał pismo informujące o gotowości udzielenia pomocy rodzinie tragicznie zmarłego Zbigniewa (imię zmienione). Jego córka miała od 1 marca 2006 r. otrzymywać finansową pomoc humanitarną w wysokości 300 zł miesięcznie aż do ukończenia 18 roku życia bądź do czasu ukończenia szkoły wyższej, jeśli takową będzie kontynuować – informował w oficjalnym piśmie ksiądz dyrektor Krzysztof Bąk. Osiem miesięcy później, zapewniając o ogromnym dla rodziny zmarłego współczuciu, wyjaśnił, że po weryfikacji swoich możliwości finansowych katowicki Caritas nie ma już pieniędzy i nie będzie już w stanie wypłacać przydzielonego wcześniej stypendium. Wyrównał należność do końca roku i tym samym pomoc finansową w formie stypendiów uznał za… dokonaną i zakończoną (miesiąc później podczas konferencji prasowej ten sam ks. Bąk zapewniał dziennikarzy, że na koncie katowickiego Caritasu jest jeszcze ponad 500 tys. zł). ani Krystyna, owszem, dostała 5 tys. zł tytułem natychmiastowej jednorazowej zapomogi na najpilniejsze potrzeby. Później przysłano jeszcze dwukrotnie drobne (w zestawieniu z milionami, jakie zasiliły konto Caritasu) sumy w odpowiedzi na jej błagalne listy. Wciąż cierpliwie czekała, aż pieniądze napływające od ludzi dobrej woli Caritas policzy, po równo podzieli i przekaże tym, dla których w rozumieniu darczyńców były przeznaczone. Nie doczekała się. – Czy mój ojciec był gorszy niż ojciec tamtego dziecka? Mnie nie chodzi o wielkie pieniądze, ale o realne zabezpieczenie finansowe, które zapewniłby mi tata, gdyby żył – mówi córka pani Krystyny.
– Ja od Caritasu dostałam 5 tysięcy złotych tak zwanej natychmiastowej pomocy, i to tylko dlatego, że w mediach usłyszałam o tej formie pomocy i sama się po nią zgłosiłam. Zwrócono mi jeszcze pieniądze za wczasy z dziećmi. To wszystko – twierdzi z kolei inna wdowa. Rozmawia ze mną niechętnie. Wciąż ma przed oczami tę zimową noc, kiedy wraz z dachem hali zawalił się cały jej świat. Pozostawiona sama sobie czekała na najgorszą w życiu wieść, a dziennikarze biegali i starali się uchwycić w kadrze jej rozpacz. Po programie Elżbiety Jaworowicz nie spała przez całą noc. Nie mogła się pogodzić z tym, jak stronniczo ukazano temat, ani z tym, że realną pomoc otrzymali wyłącznie wybrańcy losu. Jej mąż pojechał na targi jako wystawca. Nigdy stamtąd nie wrócił. Po jego śmierci nie śmiała o nic prosić. Zresztą nie przypuszczała, że trzeba się domagać pieniędzy, które – w jej przekonaniu – były zbierane także dla niej. Cierpliwie czekała (podobnie jak pani Krystyna i kilka innych kobiet, które pod walącym się dachem hali straciły mężów) na sprawiedliwy podział.
– Niech ktoś wreszcie głośno powie, jaką naprawdę dostałyśmy pomoc. Ludzie myślą, że pławimy się w luksusach, bo dostaliśmy tyle pieniędzy z Caritasu, a tymczasem my codziennie walczymy o przetrwanie. Jesteśmy wdzięczne ludziom, którzy słali SMS-y, ale te pieniądze zostały niewłaściwie rozdzielone. To, co usłyszałyśmy w programie pani Jaworowicz, przeszło nasze oczekiwania. Skoro w chwili katastrofy głośno mówiło się o tym, że pomoc jest dla wszystkich, to zebrana suma pieniędzy powinna zostać sprawiedliwie i równo podzielona. Nas to boli, że Caritas tak postąpił – tak rozumują wdowy.

Inaczej pojęcie sprawiedliwości definiuje słownik, z którego na co dzień korzysta dyrektor Caritas Polska, ksiądz Marian Subocz. „Pragnę poinformować, że Caritas jako organizacja charytatywna kierowała się przede wszystkim kryterium socjalnym (…). Nie stosujemy zasady »wszystkim po równo«, która byłaby naruszeniem sprawiedliwości zarówno wobec tych, którzy otrzymują pomoc, jak i wobec darczyńców. Darczyńcy, którzy przekazywali swe ofiary, chcieli wesprzeć osoby najbiedniejsze. Pomoc ma służyć przetrwaniu najtrudniejszych momentów i pozwolić odnaleźć się w nowej, bolesnej sytuacji i jest udzielana w ramach posiadanych środków” – wyjaśnił w odpowiedzi na jedno z pism pani Krystyny…

[2009] FaktyiMity.pl Nr 26(486)/2009

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: