FiM – Cud rozmnożenia

Szefowie placówek „Caritasu” zadali kłam rządowym twierdzeniom o kłopotach budżetu państwa. Budżet bowiem ma masę pieniędzy i stać go na podwójne finansowanie tych samych kościelnych biznesów.

Niemal od 20 lat kolejni ministrowie finansów na pytania, dlaczego państwo ogranicza finansowanie ważnych celów (edukacji, policji, ochrony zdrowia, skutecznej polityki społecznej), jak mantrę powtarzają jedno zdanie: „Państwo nie ma pieniędzy, a budżet nie jest z gumy”. Szefowie placówek „Caritasu” mają inne zdanie. Wykazali się przy tym niezwykłą przedsiębiorczością i dzięki urzędnikom budżet państwa dwa razy dał im kasę… na to samo zadanie.

Ujawnili to kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli, którzy wiosną i latem tego roku odwiedzili tak zwane Zakłady Aktywizacji Zawodowej. Są one cząstką rządowego programu wsparcia osób niepełnosprawnych. A państwo wspiera, bo specjaliści od terapii twierdzą, że jedną z najbardziej skutecznych metod pomocy poszkodowanym przez los jest praca zawodowa. Być może. Tyle że fiskus nakłada na zwykłych przedsiębiorców specjalny podatek, gdy ci nie zatrudniają niepełnosprawnych.

Za twórcę systemu uważa się Andrzeja Bączkowskiego – ministra pracy i polityki społecznej w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. To on przygotował w 1996 roku całkiem niezłą, drugą w historii III RP, ustawę o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz o zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Tworzyła ona system instytucji wspierających osoby potrzebujące pomocy na rynku pracy, m.in. Warsztaty Terapii Zajęciowej. Osoby tam uczęszczające poznawały wartość pieniądza, uczyły się, co to jest czas i kalendarz.

Przez lata państwo udzielało WTZ poważnego wsparcia finansowego. Od 2006 r. pomoc znacznie ograniczono. W miejsce dobrze prowadzonych przez świeckie organizacje warsztatów zaczęły powstawać placówki prowadzone przez Kościół rzymskokatolicki. Państwo pokrywało w całości koszty tych kościelnych instytucji (PFRON i dotacje samorządowe). Niektórzy z szefów WTZ stosowali przy tym zasady kreatywnej księgowości, wpisując w rozliczenia różne wydumane wydatki.

Drugim elementem systemu stały się Zakłady Aktywizacji Zawodowej. Trzecim – Zakłady Pracy Chronionej, które korzystają z ulg i zwolnień podatkowych. Czwarty element to polityka zachęcania przedsiębiorców do zatrudniania osób niepełnosprawnych (granty z budżetu na przebudowę miejsc pracy czy zakup odpowiednich maszyn i urządzeń, częściowe dopłaty do składek ZUS). Od 2000 roku obserwujemy niemal coroczne psucie systemu stworzonego przez zespół Andrzeja Bączkowskiego. Umożliwia to nadużycia i marnowanie ciężkich milionów.

Jak wynika z badań, część osób niepełnosprawnych jest w stanie podjąć pracę w warunkach specjalnych. Brakuje im jednak niezbędnych do tego umiejętności praktycznych. W ZAZ-ie mogą je zdobyć, a przy okazji wytworzyć rzeczy, które da się z powodzeniem sprzedać na rynku (introligatornie, szwalnie) albo zaoferować usługi (zakłady segregacji śmieci, pralnie, a nawet hotele).

Do końca 2008 roku powstały 62 Zakłady Aktywizacji Zawodowej, z czego połowę prowadzą różne instytucje Kościoła (Caritas, parafie, domy zakonne, biskupie fundacje czy stowarzyszenia). W latach 2000–2008 wydaliśmy na nie z budżetu państwa i samorządów ponad 210 milionów złotych. Jednak według NIK, cele zakładane przez ustawodawcę spełniły nieliczne ZAZ-y –tylko te prowadzone przez świeckie organizacje społeczne. Pozostałe nie realizują żadnych, nawet swoich zadań. Są za to wygodnym miejscem pracy dla wybranych (często w pełni zdrowych!) oraz sposobem na dodatkowe dochody dla instytucji zawiadujących. Sprzyja temu brak kontroli kościelnych placówek. Warto wspomnieć, że chociaż prowadzą one działalność gospodarczą, nie muszą płacić podatku dochodowego ani też podatku
od nieruchomości.

Jak ustalili inspektorzy NIK, większość kościelnych Zakładów rekrutowała pracowników jak leci (np. poprzez kancelarie parafialne), nie patrząc na to, czy w ogóle mogą oni pracować. Inspektorzy NIK znaleźli w teczkach pracowników ZAZ dokumenty zawierające kategoryczny zakaz pracy. Może to wyjaśnić, dlaczego ZAZ-om nie udało się zrealizować zadań wyznaczonych im przez ustawodawcę – np. takich jak „organizacja miejsc pracy dla osób niepełnosprawnych (…) które poprzez rehabilitację zawodową i społeczną będą się przygotowywać do życia w otwartym środowisku oraz do samodzielnego życia na miarę swoich indywidualnych możliwości”. Organizatorzy ZAZ-ów obiecywali ponadto, że „dzięki uruchomieniu Zakładu zwolnią się miejsca w Warsztatach Terapii Zajęciowej (zdarzają się przypadki, że osoby czekają na miejsce w WTZ nawet po dwa, trzy lata – przyp. red.), a (…) osoby zatrudnione w Zakładzie Aktywności Zawodowej nie tylko uaktywnią się zawodowo, ale powiększą dochody swoje i swoich rodzin, a zdobyte przez nich umiejętności pozwolą na zdobycie pracy na normalnym rynku”.

Nie mogło się to udać, gdyż obok chaotycznej rekrutacji ich pracownicy nie przechodzili planowej rehabilitacji. Bez tego istnienie kosztownych ZAZ-ów nie ma sensu. Nie mogły one osiągnąć sukcesu, gdyż tylko 1/4 osób zajmujących się rehabilitacją niepełnosprawnych pracowników posiadała niezbędne do tego umiejętności, wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Prowadzący kościelne Zakłady ograniczyli także do minimum wydatki na szkolenia i edukację. Na przykład otrzymujący rocznie 1,5 miliona Caritas Archidiecezji Katowickiej na prowadzenie jednego tylko Zakładu Aktywizacji Zawodowej na szkolenia swoich niepełnosprawnych pracowników wydał przez 8 lat… 250 złotych. Caritas Archidiecezji Łódzkiej prowadził w formie Zakładu Aktywizacji Zawodowej studio graficzne. Osoby niepełnosprawne służyły tam za personel pomocniczy. Aby spełnić wymagane w umowie proporcje pomiędzy osobami niepełnosprawnymi a pełnosprawnymi, część pełnosprawnych grafików zatrudniono na podstawie umów cywilnoprawnych. Wynikające z tego koszty wrzucono do rachunku, jaki co roku wystawiono Państwowemu Funduszowi Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Prawo zakazywało takich operacji. Tak samo jak przerzucania na podatnika wszystkich kosztów utworzenia Zakładu.

Instytucje kościelne – dzięki przychylnej, swobodnej interpretacji ze strony urzędników oceniających ich wnioski – nie musiały faktycznie wnosić żadnego wymaganego wkładu własnego. Na dodatek dostawały więcej kasy, niż zapisały w projekcie budżetu. I tak Caritas Diecezji Legnickiej poprosił w 2004 roku o 1,3 mln złotych, bo chciał otworzyć Zakład dla 21 niepełnosprawnych pracujących w kościelnej pralni, kuchni i sprzątających kościelne włości. Dostał od państwa prawie 2 miliony. Urzędnicy zgodzili się przy tym, aby środki niezbędne do uruchomienia ZAZ Caritas przeznaczył na remont swojego dochodowego i luksusowego domu pomocy społecznej. Wobec tego jest w pełni zrozumiałe, że Caritas Diecezji Legnickiej nie miał kasy na zapewnienie niepełnosprawnym odpowiedniej opieki lekarsko-rehabilitacyjnej. Mimo to, od 2003 roku PFRON i samorząd dolnośląski akceptował w całości rachunki wystawiane przez Caritas Diecezji Legnickiej. Urzędnicy tak ufali szefom kościelnych ZAZ-ów, że nie zauważyli bardzo poważnego problemu. Otóż, jak ustalili inspektorzy NIK, PFRON i samorząd wojewódzki zgodziły się – bez podstawy prawnej – wypłacać prowadzącym ZAZ dwa razy dotacje na opłacenie składek ZUS od zatrudnionych tam niepełnosprawnych. Przez lata składki na ZUS za pracowników ZAZ-ów opłacał PRFON. Ten sam fundusz akceptował rozliczenia zawierające prośbę Zakładu Aktywizacji Zawodowej o zwrot (!) rzekomo zapłaconych składek. Oczywiście środki przelewano na konto prowadzącego ZAZ. Od 2008 roku po zmianie prawa akcja przebiega nieco inaczej: ZAZ dostaje z budżetu dotację na wypłatę wynagrodzeń dla niepełnosprawnych pracowników zawierającą wymagane składki na ZUS, po czym występuje do PFRON-uo… zwrot zapłaconych składek na ZUS.

Szef Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych polecił zbadać sprawę. Przy okazji kontroli Zakładów Aktywizacji Zawodowej kontrolerzy NIK ujawnili inną metodę omijania przez Kościół należności wobec państwa i samorządów. Zgodnie z prawem, komercyjne wykorzystanie plebanii i domów zakonnych (restauracje, hotele, księgarnie, apteki, sklepy itp.) wiąże się z obowiązkiem zapłaty przez kościelne instytucje podatku od nieruchomości. Urzędy gmin i miast wolą tego nie zauważać. W Łodzi np. jedna z parafii skomercjalizowała 1/7 swoich włości, ale nie wpłaciła do budżetu miasta 19 tysięcy złotych. A minister finansów i samorządowcy wciąż szukają kasy w kieszeniach ubogich Polaków…

[2009] FaktyiMity.pl Nr 43(503)/2009

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: