FiM – Szmaciany interes

Na Pomorzu trwa walka pomiędzy diecezjami gdańską i elbląską o rzeczy wrzucane przez parafian do wystawionych na osiedlach pojemników na dary. Co tam walka… To już otwarta wojna. Tylko dlaczego te dary ich ofiarodawcy odnajdują później… w sklepach?

Gdański Caritas wystawił w wielu pomorskich miastach specjalnie oznakowane pojemniki, do których mieszkańcy mogą wrzucać zbędną odzież. Dary te trafiają, jak twierdzą kościelni, do ubogich. Dziwne, bo z naszych ustaleń wynika, że ubrań nie otrzymują rodziny ubogie mieszkające w miastach, w których dobra zostały zebrane. Jeszcze dziwniejsze jest to, że gdański Caritas np. w Kwidzynie, wszedł w szkodę Caritasowi elbląskiemu.

Radosław Klein – księżulo z parafii konkatedralnej św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie głosi z ambony apel do wiernych, aby ci nie wrzucali rzeczy do pojemników rozstawionych na osiedlach, tylko przynosili do siedziby miejscowego Caritasu. Ludzie się dziwują, bo na pojemnikach, które mają pod nosem, jak byk widoczne są znaki Caritasu.

Dlaczego więc mają taszczyć rzeczy przez pół miasta do biura Caritasu?

Okazuje się, że Caritas Caritasowi nierówny, a sutannowy ma w tym aspekcie istotne argumenty. Otóż rzeczy z pojemników wywożone są do Gdańska i ubodzy (czy aby na pewno oni?) z Kwidzyna nie mają z nich żadnego pożytku. Księdza Kleina poparł ksiądz Bolesław Trzciński, dyrektor Caritasu diecezji elbląskiej, który twierdzi, że rzeczy wrzucane do pojemników muszą trafiać do ubogich na terenie tej diecezji, w której zostały wystawione pojemniki. Dziwna trochę ta klesza determinacja połączona z patriotyzmem lokalnym.

Dla darczyńców nie ma sprawy. Nie rozumieją więc o co ta wojna, uważają, że ubodzy z innych miast nie są wcale gorsi od miejscowych. Wyścigi pomiędzy biskupami o rzeczy dla biedaków są ich zdaniem nie na miejscu.

Drugie dno może nadać sprawie niedawno ujawniony fakt. Oto mieszkanka Kwidzyna odnalazła w miejscowym szmateksie ubrania, które kilka miesięcy wcześniej wrzuciła do caritasowskiego pojemnika. W jaki sposób tam trafiły, nie sposób wyjaśnić.

Ksiądz dyrektor Trzciński usprawiedliwia ów fakt tym, że ustawianiem i opróżnianiem pojemników zajmuje się wynajęta przez Caritas firma. Czyli „to nie my, tylko ktoś”. Z innych źródeł jednak wiemy (a są to źródła wiarygodne), że część ubrań pozyskanych ze zbiórek jest najzwyczajniej sprzedawana.

Księża, którzy zapoznali się z naszymi ustaleniami, niechętnie się w końcu do tego przyznali. Wyjaśniają jednak, że dochód z owej sprzedaży zasila konto Caritasu.

Dla nas sprawa ta cuchnie jak nie przymierzając przechodzone majtki w lumpeksie. Któż bowiem jest w stanie rozliczyć wrzucaną do pojemników, a następnie sprzedaną do lumpeksów odzież? Chyba stąd właśnie wziął się pomysł rozszerzenia zbiórek na całą Polskę.

Dzięki ogólnopolskiej zbiórce (czytaj: przewożeniu darów z diecezji do diecezji) szansa na trafienie w lumpeksie na swoją rzecz jest praktycznie zerowa.

Konkluzja musi być pytaniem: czy to bieda tak przycisnęła biskupów Śliwińskiego i Gocłowskiego, że pożarli się o parę używanych szmat, czy powodem konfliktu jest ich wynaturzona pazerność?

[2002] FaktyiMity.pl Nr 49(144)/2002

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: