FiM – Módl się i pracuj

Jeśli zostaniesz pobity przez podopiecznych, dowiesz się, że to jest wkalkulowane w wypłatę. Nieważne, że jest ona tak niska, że nie da się za nią godnie żyć… Nie spodziewaj się cudów. Pracujesz w Caritasie.

O tym, jak na co dzień wygląda praca w kościelnej instytucji charytatywnej zasilanej co roku morzem publicznej i prywatnej kasy, opowiadają ci, którzy zostawili w ośrodkach Caritasu diecezji katowickiej kawał zawodowego życia.

Joanna*, 15 lat w Caritasie: – Ja do Caritasu jako idei miłosierdzia i miłości nie mam nic, tylko do tego, co się wewnątrz dzieje. Jak się traktuje ludzi. Zostałam przyjęta w charakterze pielęgniarki. W praktyce byłam sprzątaczką, salową, kimkolwiek w danej chwili było trzeba.

Paweł, 7 lat w Caritasie. Odszedł sam. Powód: presja. – W placówkach Caritasu góra toczy swą wojnę pod bardzo dobrym sztandarem. Ludzie, którzy decydują się na pracę w Caritasie – niektórzy świadomie, niektórzy nie – nie dostępują udziału w wypracowanym zysku. O nich się bardzo szybko zapomina. Pracowników traktuje się na pograniczu Kodeksu pracy. Po latach harówki zarabiamy mniej niż na początku. Podważa się naszą wartość, a w końcu – zwalnia.

Lucyna, 8 lat w Caritasie. Praca w organizacji spadła jej jak manna z nieba. Akurat była bezrobotna, zawsze chciała pomagać innym: – Wydawało mi się, że chwyciłam Pana Boga za nogi. Okazało się, że tu zapomina się, że ci, którzy tworzą tę instytucję i dla niej pracują, też są ludźmi.

Małgorzata, 4 lata w Caritasie. – Żeby tam pracować, trzeba mieć niewzruszoną naiwność, małą wiarę w siebie i nieugiętą wiarę w instytucję – mówi z przekonaniem. Zaczynała z entuzjazmem. Kochała tę pracę. Z czasem miłość do instytucji zanikła: – Im dłużej pracowałam, tym większe miałam poczucie, że niczego nie potrafię. Pozornie nikt cię w takim przekonaniu nie utwierdza. Zorientowałam się, że inwestuję cały swój czas, chęci, zapał, a w zamian dostaję pieniądze, za które nie można przeżyć, zaczynam żyć poniżej standardu moich podopiecznych, klientów domu pomocy – mówi. Zrezygnowała z pracy, kiedy została zdegradowana do pomocy technicznej – posprzątać pomieszczenia, włączyć komputery.

Dotacje

– Przeciętna dotacja ze skarbu państwa na jeden ośrodek wynosi około 1,5 mln zł rocznie. Oprócz tego są jeszcze pieniądze z innych źródeł, m.in. odpłatności uczestników. Prowadząc tak zwaną kreatywną księgowość, można zaoszczędzić 30–40 proc. rocznie. Przez odpowiednie przesunięcia – liczy Paweł.

Dotacje trzeba wykorzystać do końca roku, żeby w kolejnym nie dostać mniej. – W praktyce wyglądało to tak, że w grudniu była akcja wydawania. Jeden dostawał 50 tys., drugi 100 tys. i polecenie, że ma kupić wszystko, co mu potrzebne z wyjątkiem produktów łatwo zbywalnych, czyli żywności. Nie musiałem mieć towaru, najważniejsze były rachunki – wyjaśnia. Przez cały rok pieniędzy brakuje na wszystko, a później kupuje się na siłę – lodówki, pralki, żelazka.

Szeregowi pracownicy nie mają pojęcia o pieniądzach, jakimi dysponuje instytucja. Zdarza się, że nie dostają funduszy nawet na projekt, który sami napiszą, a później realizują. Gdy się upominają, słyszą, że dyrektor podwójnie swych pracowników opłacać nie będzie. – Stosuje się też przesuwanie środków, nawet między ośrodkami, kombinacje. W ośrodku realizuje się równolegle kilka projektów. To pozwala zaoszczędzić. Wystarczy wykonać jedno zadanie, a jego dokumentacja może służyć jako przykrywka do kilku zbliżonych projektów. Często nie wiedziałem, że biorę udział w jakichś projektach, a moje umiejętności na nie rozpisywano – mówi Paweł.

Darowizny

Przez konta Caritasu przepływają ogromne pieniądze. Nic dziwnego. – Jak jeden z drugim sutanną przemiecie parę korytarzy, wzbudzi emocje, pokaże chore dzieci, któreś z nich ładny obrazek narysuje stopą, to nie podziała? Podziała – tłumaczą moi rozmówcy. Tymczasem… – Jak coś było potrzebne, słyszałem: „Dostań to” – mówi Paweł.

Jeśli planuje się w ośrodku malowanie, wytypowany pracownik ma podjąć stosowne kroki, aby – jak to się ładnie nazywa – pozyskać farby. Z darowizn. – Nie mogłem zamówić towaru. Miałem go uzyskać. To znaczy wyżebrać – wyjaśnia. W praktyce usiąść z książką telefoniczną i obdzwaniać sklepy oraz hurtownie. Wzbudzać emocje, błagać. Jeśli w planie inwestycyjnym ktoś zapisze budowę nowego obiektu, na wkład własny trzeba znaleźć pieniądze. Również z darowizn. Artykuły życia codziennego? Aby znalazły się w magazynach Caritasu, pracownik – zgodnie z pisemnymi wytycznymi przełożonego – ma podjąć globalną (sic!) akcję mającą na celu pozyskanie darowizn na artykuły szkolne, chemię, żywność.

Organizacja pracy

Na początku dyrektorami ośrodków zostawały osoby, które nie miały pojęcia o kierowaniu ludźmi ani zarządzaniu nimi. To byli ci, którzy byli dobrzy w oazie, których ksiądz dyrektor znał z tego, że się udzielali przy parafii. Z czasem zaczęli się pojawiać tacy, którzy ewentualnie mogliby się do czegoś przydać, na przykład kreatywni księgowi. Jak to się przekłada na pracę?

# Na dyżurze na cztery piętra była jedna pielęgniarka i jeden sanitariusz odrabiający akurat służbę wojskową;

# Zdarzało się, że jeden terapeuta miał w grupie 28 uczestników;

# Na porządku dziennym było, że jeden terapeuta otrzymywał wszystkie materiały potrzebne mu do zajęć z podopiecznymi, a inny nie dostawał nic. Musiał je zorganizować na własną rękę.

–To harówka na okrągło, często trzeba dokładać ze swoich, bo czegoś albo na coś brakuje. Pensja „starego” pracownika wynosi 1500–1600 zł, czyli… tyle samo albo mniej niż nowego. Niektórzy pytają, czy zaoferowana kwota to tygodniówka. Pracownicy nie wytrzymują; jest ogromna rotacja. Kiedyś przyjęto pielęgniarkę – po niespełna godzinie pracy wyszła z ośrodka tak, jak stała. Nie wróciła. To tak, jakby być jedynym rodzicem w czteropokojowym mieszkaniu z dziesięciorgiem niepełnosprawnych dzieci. A w zamian dostajesz modlitwę – mówi Małgorzata.

Mobbing

W ośrodku łatwo znaleźć pretekst, by kogoś zwolnić. Powszechna była zasada: zareagujesz – źle, nie zareagujesz – źle, jeżeli coś pominiesz albo nie załatwisz – też cię mogą ukarać. Na wsparcie innych trudno liczyć. Nawet jeśli ktoś jest gnębiony niesłusznie, nie staną za nim murem, bo każdy troszczy się o posadę. Tu człowieka degraduje się małymi krokami. Jest wiele sposobów – organizacja czasu pracy, zakres obowiązków, stawianie niewykonalnych wymagań, pomijanie dokonań, odsuwanie od zadań, brak delegacji na wyjazdy służbowe, by nie płacić diety. Postawić się, to jakby porwać się z motyką na słońce. – Nikt o nic nie pyta. Nie konfrontuje. Nigdy nie miałam szansy obrony. Przełożeni zawsze mi powtarzali – zdystansuj się, nie bierz tego na poważnie. Tylko ja tego nie potrafiłam zrobić – mówi Lucyna.

– Wielu ludzi jest tak przywiązanych do tej pracy, że nie odważy się odejść. Terapeuta, który przez 15 lat plecie wianki, ma poczucie, że w innym miejscu trudno mu będzie funkcjonować. Długo uważałam, że wszystko jest w porządku. W końcu zatraciłam godność, wartość osobistą i zawodową – mówi Joanna. Jej udało się zacząć nowe życie. Niektórzy nie potrafią wylizać się z pracy w Caritasie. Dają się wycisnąć, a później przypominają wyżęte szmaty, które już niepotrzebne zostały rzucone w kąt. Ludzie się załamują. Gdy są potrzebni, chętnie sięga się po ich umiejętności, a kiedy zaczynają tracić siły czy chorować – zwalnia. Alkoholizm, próby samobójcze, leczenie w poradniach psychiatrycznych – to efekty uboczne pracy w Caritasie.

Układy

Jak są jakieś uroczystości, to na dole uczestnicy jedzą łazanki, a na górze – wykwintne potrawy. Na górze balują starosta, burmistrz, dyrekcja PFRON-u, dyrekcja MOPS-u, szefostwo ośrodków Caritasu, biskupi.

Symonia, układ i kapelusz to choroby, które dręczą tę instytucję. Dyrektorzy to janczarzy. Jeśli któryś się wychylił, znikał. Kierownictwo to zamknięte grono. Ci, którym jest wygodnie, nie chcą go opuszczać. Jeśli muszą, bo na przykład zaczęli żyć w nieformalnym związku, dostają ciepłą posadkę w miejskich strukturach.

Powiązania ze światem lokalnej i wojewódzkiej polityki są znaczne, a korzyści – obopólne. Ci z Caritasu mają tzw. dojścia i na przykład jako pierwsi dowiadują się o naborze wniosków. Zaś współpraca z władzami ośrodka daje realny zysk wyborczy. – Podopieczni mają prawo do głosowania. Łatwo ich nastawić przeciwko albo za, na głosowanie chodzi się grupami, a bywa i tak, że organizuje się obwód wyborczy w ośrodku – tłumaczy te zależności Lucyna.

Są i tacy, którzy godzą inne interesy z pracą w Caritasie. Bo na przykład warsztaty terapii zajęciowej są wyposażone w profesjonalne narzędzia. Z ich pomocą można zrobić wiele… Ktoś, kto nie ma pleców, dostaje niewykonalne zadania. W ten sposób zmusza się ludzi do rezygnacji z pracy i zwalnia miejsce dla znajomych, dla ich dzieci.

###

– Nigdy nie kupiłam świeczki Caritasu ani nic nie wrzucę do skarbonki, bo ta instytucja wykazuje brak szacunku dla pieniądza, który ludzie jej oddają. To marnotrawstwo. Gdyby komuś było zimno i przyszedł z ulicy po pomoc do Caritasu, jestem pewna, że jej nie otrzyma. Choćby mieli cały magazyn ubrań. Może na własną rękę zrobią to pracownicy albo mieszkańcy wyjmą z własnej szafy. Tego nie widzą ludzie, którzy kupują świeczki dla biednych. Nie wiedzą, że gdyby znaleźli się w potrzebie i zapukali do ośrodka pod szyldem Caritas, nie otrzymają pomocy – mówią moi rozmówcy.

Dlaczego są tacy, którzy w ośrodkach Caritasu wciąż pracują? – To samo pytanie można by zadać pracownikom Biedronki – odpowiadają.

###

Ksiądz Krzysztof Bąk, dyrektor Caritasu diecezji katowickiej, zapewnił, że odpowiedzi na pytania „FiM” o standardy panujące w podległych mu ośrodkach dostaniemy jeszcze tego samego dnia, w którym je otrzymał. Do chwili oddania tego numeru do druku jednak nie odpowiedział.

* Imiona bohaterów na ich prośbę zostały zmienione

[2013] FaktyiMity.pl Nr 7(676)/2013

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: