FiM – Miłosierdzie jak jasna cholera

Anna P. sądziła, że zebrane od darczyńców na operację niewidomej 15-miesięcznej córki pieniądze są bezpieczne na koncie Caritasu i że będzie mogła całą kwotą dowolnie dysponować w zależności od potrzeb wynikających z leczenia dziecka. Jakże się myliła.

Zbyszek i Anna Pazgan czekali na tę upragnioną chwilę z ufnością. Sześcioletni Maciuś też już wiedział, że będzie miał siostrzyczkę i… tak się stało. Niestety, Julcia przyszła na świat jako wcześniak, kruszynka, ważąca niewiele ponad kilogram. Rodzice z determinacją walczyli o jej życie. Udało się, jak sami mówią, „z pomocą boską i lekarzy”. Natura jednak okrutnie się z dzieckiem obeszła, pozbawiając je wzroku… Pocieszające było tylko to, że lekarze dawali cień szansy na zwalczenie kalectwa. Wprawdzie krajowi okuliści byli bezradni, jednakże konsultacje w Niemczech dały nadzieję, a miała nią być operacja w klinice okulistycznej w Memphis w USA.

Wyprawa za ocean była możliwa, ale pod warunkiem posiadania co najmniej 30 tysięcy USD. O takiej kwocie zwykła nauczycielka szkoły podstawowej (matka) i szeregowy pracownik świdnickiej firmy prywatnej (ojciec) mogli tylko pomarzyć. Jednak od czego są przyjaciele – na ich brak państwo Pazgan akurat nie mogli narzekać. Na rozpaczliwy apel o pomoc w sfinansowaniu zagranicznej operacji odezwało się wielu ludzi dobrej woli i wielkiego serca. Z pomocą przyszły lokalne media, a szczególnie „Kurier Świdnicki”, miejscowe „Wiadomości” i „Gazeta Wrocławska”.

Uczciwa i lekkomyślna

Pani Anna wysłała setki listów do osób prywatnych, znanych firm i instytucji. Niestety, była uczciwa (czy raczej lekkomyślna) w swojej kweście i zrobiła rzecz, jakiej nie powinna nigdy w życiu zrobić. Jako ufna w swój Kościół katoliczka, poprosiła wrocławski Caritas o użyczenie na cel zbiórki ich konta. Kościelna organizacja dobroczynna przychyliła się – a jakże inaczej – do jej prośby. Pieniążki zaczęły napływać coraz bardziej wartkim strumieniem. Na rzecz Julci zawiązało się stowarzyszenie, będące obecnie w fazie sądowej rejestracji. Niemalże całą Świdnicę poruszyła tragedia dziecka i rodziców. Datki były różne, od kilku złotych po kilkanaście tysięcy. Np. uczniowie Szkoły Podstawowej nr 8, w której pani Anna pracuje, zebrali cztery tysiące. Właściciele hotelu „Borys” w Zagórzu Śląskim zorganizowali w karnawale bal dobroczynny i dzięki temu przekazali na caritasowskie konto „Pomoc dla Julii” blisko 13 tys. złotych. Łącznie 118 darczyńców złożyło się na kwotę 51. 205,64 złotych. Można już było realnie myśleć o wyprawie za ocean. I takie też starania rodzice dziecka podjęli. Ustalono termin konsultacji w klinice w Memphis i dzięki pewnej rodzinie (po podobnych przejściach) załatwiono pomoc w bezpłatnym zakwaterowaniu w USA.

Poproszono zatem Caritas o 6,5 tys. zł na bilety lotnicze. Wypłacenie z konta pieniędzy – należących wszak do Julki – stało się… zamachem na kościelne mienie.

Kiedy tylko Caritas usłyszał o wyprawie, podsunął zszokowanym rodzicom do podpisania obrzydliwe w treści oświadczenie. Dla kościelnej instytucji nieważny był stan dziecka, skuteczność zabiegu, nadzieje rodziców. Oni mieli zrzec się prawa do zebranej kwoty, gdyby nie doszło do operacji. Dokładnie ujęto to tak: „Oświadczam, iż w przypadku niewykorzystania całości środków, które wpłynęły na konto »Caritas« Archidiecezji Wrocławskiej w związku z operacją odzyskania wzroku mojej córki Julii Pazgan przekażę je na rzecz Caritasu. Jednocześnie, z chwilą rozliczenia udokumentowanych kosztów leczenia, zrzekam się wszelkich roszczeń finansowych, związanych z tą zbiórką”.

Pod rodzicami nogi się ugięły, a darczyńcom dosłownie szczęki opadły z osłupienia – szczególnie po spotkaniu z wrzeszczącym na nich księdzem dr. Adamem Dereniem, dyrektorem Caritasu. Zaserwowano im klasyczny szantaż. Wychodziło w końcu na to, że ofiarodawcy nie tylko Julcię wspomagali finansowo, lecz przede wszystkim wspomagali kościelną agendę dobroczynną. Ta teraz rości sobie prawa do dysponowania pieniędzmi. Zaznaczmy, iż poza użyczeniem konta Caritas nawet palcem nie kiwnął w sprawie chorego dziecka. Oczywiście, żądanie kościelnej instytucji zostało zdecydowanie odrzucone. Na dodatek rodzice Julci. złożyli w archidiecezji – swój oraz bardziej znaczących darczyńców – pisemny sprzeciw wobec próby wykorzystania ich daru niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Po ciężkich bojach pokryto koszty konsultacyjnego wyjazdu do Memphis.

Na miejscu okazało się, że operacja nie odbędzie się tak szybko, jak się ogólnie spodziewano. Amerykańscy specjaliści orzekli bowiem, że nadzieją na odzyskanie wzroku przez Julcię jest przeszczep siatkówek, które trzeba sztucznie wyhodować, a to może potrwać nawet kilka lat. Zatem jest szansa – nawet duża – na wyleczenie dziecka, tylko rozłożona w czasie.

Myli się ten, kto sądzi, że pobyt dziecka, medyczne rokowania o jego przyszłości, starania rodziców – wzbudziły zainteresowanie kościelnej instytucji. A w życiu! Liczyły się tylko pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze!

Pazerna matka

– Na co rodzice wydali np. 2300 dolarów? – grzmieli kościelni. Pazganowie w świętej swojej naiwności sądzili, że wystarczy ustne rozliczenie tej kwoty. Zażądano pisemnego, więc to uczynili, tłumacząc, że na niektóre, naprawdę znikome wydatki rachunku nie mają, bo uzyskanie takich było niemożliwe. Lecz nadal będą liczyć na pieniądze Julii, która w kraju przeszła w tym czasie dwa zabiegi, a rehabilitacja po nich jest kosztowna. Ponadto nie zrezygnują z potencjalnego przeszczepu siatkówek. Skoro jest nadzieja…

Nadzieja nie jest towarem – orzekli caritasowcy i zawiadomili matkę, że wobec powyższego pieniądze zostaną zwrócone darczyńcom i niech oni zdecydują, co z nimi zrobić. W sprawę znów wmieszały się lokalne media, udzielając swoich łamów na przemian mamie Julii i ks. dyrektorowi A. Dereniowi. Jeśli ta pierwsza nadzwyczaj taktownie mówiła o odbieraniu jej przez Caritas nadziei na skuteczną walkę z kalectwem córki, podkreślając przy tym, że nie chce wojny z tą instytucją, to kościelny dygnitarz uciekł się do ewidentnych kłamstw i oszczerstw – co dokładnie sprawdziliśmy. Przede wszystkim publicznie oświadczył, że pozostała na koncie kwota 34 550,16 zł „została zwrócona darczyńcom”.

Połaziliśmy po Świdnicy i znaleźliśmy dwie osoby, którym odesłano 100 i 300 zł. Natomiast znaczniejsi ofiarodawcy nic nie wiedzą o owych zwrotach. To pierwsze łgarstwo osoby duchownej. Następne kłamstwo jest takie, że to Caritas wziął na siebie trud zorganizowania kwesty i jej efektywności, wystosowując dziesiątki apeli o pomoc dla dziecka.

Żaden z ofiarodawców nie przypomina sobie takich apelów, a darczyńcy zapewniali dziennikarza „FiM”, że poruszyły ich listy nadesłane przez panią Annę i jej przyjaciół. Trzecie kłamstwo, a raczej draństwo, świadczy już o degeneracji sumienia ks. Derenia: „(…) Ze swojej strony robiliśmy wiele, żeby pomóc tym ludziom, ale oni ciągle stwarzali problemy. Pani Pazgan nie chciała podpisać oświadczenia o przekazaniu zebranych pieniędzy na rzecz innego dziecka w przypadku niedojścia do skutku operacji Julii. Nie wiem, czy to z pazerności? Teraz niech zdecydują darczyńcy”. W rozmowie z reporterem „FiM” świdniczanie skwitowali te obraźliwe dywagacje krótko: – Tego nie pisał ks. Dereń, ale… (i tu nastąpiła zmiana drugiej litery w nazwisku kościelnego urzędnika od Caritasu). Jakby znał Pazganów tak jak my, to nie nazywałby ich pazernymi. To miano należy się akurat Caritasowi! Jak można nie uszanować woli darczyńców?!

Na szczęście znaleźli się tacy, którzy postanowili stowarzyszenie na rzecz Julii wesprzeć datkami przekazanymi już na prywatne konto państwa Pazganów. Np. świdnicko-wałbrzyski Klub Rotary przelał na nie 11 tys. złotych. Zaznaczono, że pieniądze te są przeznaczone na operację bądź koszty związane z hospitalizacją dziecka, czyli także na różne wyjazdy i konsultacje medyczne. Podobnie uczynili inni i w tej chwili Julcia może liczyć na 30 tys. złotych. Razem z caritasowskimi pieniędzmi uzbierałaby się całkiem okrągła sumka. Ale czy jest ona do odzyskania, i to łącznie z bankowymi odsetkami, o których moralista ksiądz dyrektor nawet się nie zająknął?

W rozmowie z panią Anną wyczuliśmy, że jest już mocno zmęczona tą przepychanką. Z tej głęboko dotąd wierzącej kobiety jakby uleciała wiara, wiara w szlachetność postępowania ludzi Kościoła. – Dlaczego oni zrobili ze mnie osobę nieuczciwą, czy nie mogą zrozumieć, że walczę o dziecko? – pyta z rozgoryczeniem. Jakby jeszcze nie wiedziała, że jeśli kościelne instytucje, w tym i ta od dobroczynności, wyciągają do człowieka rękę, to po to, by coś zabrać, a nie dać.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 29(124)/2002

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: