Kto się pasie w Caritasie

Człowiek upośledzony służy nieupośledzonemu do robienia na nim interesu. Pod firmą Caritas Polska.

Niedaleko centrum Rzeszowa tuż obok tajnego budynku Straży Granicznej stoi inny bardziej nowoczesny. Obok żółtawej chałupy jest figura Matki Boskiej. W budynku znajdują się Warsztaty Terapii Zajęciowej dla Osób z Upośledzeniem Umysłowym prowadzone pod patronatem Caritasu ­ ściślej księdza Słowika, dyrektora diecezjalnego tej prężnej organizacji finansowej.

Miało być pięknie

Jeszcze kilka lat temu chałupa warsztatów, która dziś lśni, była kupą gruzu. Gruzami zainteresowało się Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. Członkowie ­ przeważnie rodzice chorych dzieci ­ postanowili powołać tam warsztaty. Ówczesny prezydent Rzeszowa Mieczysław Janowski, dziś senator ze śp. AWSP i jej szef, budynek im obiecał. Ludzie rozpoczęli remont, społecznie tyrając na budowie, bo to przecież dla ich pokrzywdzonych przez los dzieci. Pod koniec prac dowiedzieli się, że prawicowi radni i Janowski przekazują budynek dla… Caritasu.

Ks. Słowik zapewniał, że dzieci znalazły w końcu spokojną przystań, gdzie będą mogły spędzać życie, ucząc się go. Po śmierci rodziców również będą tu mieć miejsce ­ dożywotnio. Było pięknie. Dzieci, a właściwie upośledzona młodzież, na warsztatach miała przyuczać się do życia codziennie od godz. 7 do 15. To ważne, bo kiedy z poprzedniej siedziby wyrzucił je kurator oświaty, dla rodziców oznaczało zajmowanie się nimi i porzucenie pracy.

Od samego początku zaczęły się na warsztatach kwasy, bo narzucone przez Caritas kierownictwo miało swoje metody wychowawcze. W końcu część rodziców zrezygnowała z posyłania tam swoich dzieci. Założyli inny ośrodek pod Rzeszowem.

Caritas doi państwowy szmal

Dlaczego Kościół katolicki tak bardzo kocha upośledzonych? Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych ma jasne kryteria udzielania pomocy finansowej: 4 tys. zł jednorazowo na uczestnika warsztatów w przypadku modernizacji bądź remontu budynku oraz 3 tys. zł przeliczone przez liczbę uczestników na wyposażenie, zaś na utrzymanie każdego uczestnika miesiąc w miesiąc ­ 1173 zł.

W Caritasie znalazło miejsce 25 upośledzonych. Tylko na dokończenie remontu i wyposażenie budynku PFRON wyłożył więc dla Caritasu 175 tys. zł. Dołożył na zakup specjalnego busa. I co miesiąc daje prawie 30 tys. zł na utrzymanie upośledzonych dzieci. W warsztatach urządzono kilka pracowni.

Nic nie spełniało się z zapowiedzi dyrektora Słowika. Dyrektor narzekał, że na wszystko brakuje pieniędzy, dlatego młodzież nie wyjeżdżała na wycieczki i praktycznie cały czas siedziała w domu. Gdy już zorganizowano jakiś wyjazd, ksiądz kazał zbierać rodzicom pieniądze ­ po 100, 200 zł. Płacili. Niektórzy rodzice wkurwili się okropnie, gdy dowiedzieli się, że w innych, niekościelnych warsztatach nie płaci się za nic. Po to PFRON daje ponad tysiąc zł miesięcznie na każdego pacjenta, aby wystarczyło na wszystko.

W niekościelnych instytucjach organizowano młodzieży wycieczki po Polsce, wyjścia do kina, teatru, do restauracji. Prowadzono do urzędów, bo uczono młodzież otaczającego świata.

Grupa niezadowolonych rodziców rosła. Niektórzy coraz głośniej wyrażali dezaprobatę dla poczynań księdza dyrektora. W końcu doszło to do jego wielebnych uszu. Jak się komu nie podoba, to niech zabiera bachora i won ­ orzekł.

Wprawdzie kierownikiem warsztatów jest jakaś kobieta, ale rządzi tam dyrektor Słowik.

Za mało albo za bardzo chory

Od tego czasu ksiądz coraz częściej mówił o potrzebie wprowadzenia systemu rotacyjnego, czyli uczestnicy warsztatów posiedzą parę lat, a na ich miejsce przyjdą następni. Po ludzku mówiąc, szukano pretekstu do wyrzucenia upośledzonych. Nie spodobało się to rodzicom ­ wszak umowa była taka ­ że oni godzą się na patronat Caritasu nad warsztatami, ale pod warunkiem że dzieci pozostaną tu praktycznie do śmierci. Pokrzyżowało to widać plany księdza biznesmena.

Pewnego dnia między świętami a sylwestrem obwieszczono rodzicom, że na warsztatach będą mogły zostać tylko te dzieci, które mają pierwszą grupę inwalidzką. Tego miał wymagać PFRON. Spora część miała drugą i to dotychczas wystarczyło. Niektórzy w Rzeszowie pamiętają, jak po mieście zapierdalały samochody z rodzicami i ich upośledzonymi dziećmi. Szukali na gwałt lekarzy ­ by ci zmienili dzieciom grupy inwalidzkie. Nie wszystkim się to udało, więc musieli odejść.

Kolejnym radosnym pomysłem dyrektora było komisyjne sprawdzenie, czy dziecko czyni postępy. Przychodziła komisja i badała, czy dziecko potrafi się podpisać. Jeżeli tak, to w porządku, jeśli nie, to oznaczało, że nie robi postępów. Z tego nasuwał się komisji wniosek, że do warsztatów się nie nadaje. Komisja, chociaż umysłowo niby sprawna, nie chciała pojąć, że część pacjentów, np. z porażeniem mózgowym, nie bardzo wie, jak się nazywa, o podpisywaniu się nie ma co mówić. I że przecież te bardziej kalekie miały mieć pierwszeństwo.

Niektórych rodziców zaczęło zastanawiać, dlaczego ich dzieci jedzą na obiad dzień w dzień ziemniaki z kefirem i zupę jarzynową. Otóż ziemniaki i jarzyny dostarczał sponsor. Caritas uznał widocznie, że nie ma co wydawać kasy na żarcie i dorzucać wymyślne danie w postaci mielonego. To jeszcze bardziej utwierdziło ludzi w przekonaniu, że ks. dyrektor robi z nich idiotów. Tym bardziej że w warsztatach świeckich otrzymujących te same stawki z PFRON wyżywienie jest przyzwoite i nie popija się zupy kefirem.

Rodzice dowiedzieli się, że dyrektor Słowik chce się pozbyć ich dzieci, bo mając atrakcyjny budynek w centrum miasta chce tam założyć jakiś interes. Ksiądz nie krył zresztą swych zamiarów. Terapeuci warsztatów zamiast zajmować się młodzieżą, całymi dniami np. szyli fartuszki, które ksiądz zabierał i opylał. Pracownicy nie bardzo mogli się burzyć, bo w Rzeszowie praca to rzecz nieosiągalna.

Seans nienawiści

W caritasowskich warsztatach bywały też chwile radosne, ale krótkie. Dwoje pracujących tam terapeutów tak miało się ku sobie, że wzięli ślub. Tym samym podpisali na siebie wyrok, gdyż ślub był cywilny. Jedno z nich było po rozwodzie. Na wieść o tym ks. Słowika szlag trafił. Wezwał tę parę oraz rodziców swych podopiecznych i zażądał, żeby publicznie potępili skandaliczne zachowanie pracowników. Tego mieli już ludzie dość. Mimo że zastraszeni, sprzeciwili się księdzu jawnie i pyskowali. Dwójkę pracowników rzecz jasna wyrzucono z roboty ze skutkiem natychmiastowym, a dzieci pyskaczy mają teraz przejebane. Rodzice sami muszą je na warsztaty przywozić, bo bus zabiera jedynie dzieci tych, którzy nie sprzeciwiają się księdzu.

Gdyby wszystkie plany ks. Słowika się powiodły, za rok upośledzonej młodzieży w budynku już nie będzie, tak jak i nowego naboru na warsztaty. Wówczas ks. Słowik sprowadzi tu zakonnice z Ukrainy, założy poważniejszy interes.

Podobno wypożyczalnię sukien ślubnych, o których mówi, że ma ich bez liku.

TOMASZ ŻELEŹNY

W numerze 45 „NIE”, w artykule „Kulka dla biskupa” opowiedzieliśmy o innym księdzu ­ dyrektorze Caritasu z Płocka. Za pieniądze wypłacane przez pomoc społeczną dla ubogich zaopatrywał kuchnię pałacu biskupiego, kantował na rachunkach, a żywność darowaną biednym przez przedsiębiorstwa przeznaczał dla rodziny na wsi i jej świń.

[2001] NIE.com.pl

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: